Moda czyli odzież używana z angli
Handel używaną odzieżą był i jest biznesem dostępnym dla każdego.
Od dwóch lat ciucholandów błyskawicznie przybywa.
Ale zyski ich właścicieli są mniejsze niż dawniej.
Moda angielska zawsze miała w Polsce wiernych zwolenników. Jednak prawdziwe triumfy święci dopiero od dwóch lat dzięki sklepom z używaną odzieżą. Sprzyja jej wzmożony, w związku z otwarciem przez Brytyjczyków rynku pracy dla krajów nowej UE, ruch “osobowy” między Polską a Wyspami. Sklepy i hurtownie, które nastawiły się na ciuchy z Anglii, mogą sobie pogratulować. To one właśnie napędzają koniunkturę w branży.
- Brytyjczycy zawsze dobrze się ubierali. A teraz szybko się bogacą i chyba najkrócej w Europie noszą nową odzież.
Dlatego odzież używana ma przyszłość.
Ciuchy wkraczają do śródmieść
Ten specyficzny handel – odzież używana to jedna z branż, które najszybciej odczuły korzyści z wstąpienia Polski do UE, czyli zniesienie ceł i ułatwienia w podróżowaniu. Nowych ciucholandów przybywa w oszałamiającym tempie.
Sklepy z używaną odzieżą, dawniej cisnące się w tanich lokalach na przedmieściach, pojawiają się coraz częściej na śródmiejskich ulicach i w sąsiedztwie modnych centrów handlowych.
Są coraz większe i nierzadko niemal eleganckie. Zmiana wizerunku branży odzwierciedla się w nazwach. Nie tak dawno o sklepach z używaną odzieżą mówiło się szmateksy albo lumpeksy, dziś to ciucholandy, a coraz częściej second-handy - co brzmi prawie snobistycznie.
Dowartościowanie handlu używana odzieżą i widoczne gołym okiem ożywienie na wtórnym rynku odzieży nie powoduje jednak większych zysków działających na nim przedsiębiorców. Odwrotnie, warunki dla tej działalności stają się coraz trudniejsze, bo obroty w branży nie zwiększają się równie szybko co liczba sklepów. Spadają marże w wyniku konkurencji między detalistami oraz stopniowego wzrostu cen używanej odzieży w krajach zachodniej Europy. Ogromny popyt na ciuchy angielskie spowodował np., że podrożały one na rynku brytyjskim o ok. 30 proc. Wymusza to swoistą restrukturyzację branży, polegającą przede wszystkim na zmniejszeniu roli pośredników. Coraz więcej firm (również nowo powstających) nastawia się zarówno na handel detaliczny, jak i import, głównie dla własnych sklepów. Jeżeli właściciel sklepu sam importuje, może osiągnąć zysk w wysokości 20 proc. To o wiele mniej niż jeszcze przed kilku laty, gdy nawet detalista kupujący w hurtowni mógł liczyć, że zarobi na każdej sztuce odzieży co najmniej 50 - 70 proc.
Od wieszaka do sieci
Tradycyjnych hurtowni odzieży używanej było do niedawna w kraju co najmniej 300. Teraz taka hurtownia odzieży używanej zaczyna zamykać swój biznes, bo sytuacja ich głównych klientów, czyli niewielkich, mających często tylko 20 mkw. powierzchni, sklepów detalicznych szybko się pogarsza. Taki sklep, który można otworzyć prawie bez kapitału i fachowej wiedzy - zaczynając od łóżka polowego i wieszaka na bazarze - był przez kilkanaście ostatnich lat jednym z najpopularniejszych pomysłów na zarabianie na życie, typowym biznesem dla każdego. Już w końcu lat 90. było ich w kraju ponad 15 tys. Dziś małe sklepy zaczynają przegrywać w konkurencji z wielkopowierzchniowymi placówkami handlowymi należącymi do sieci, która sama ściąga odzież z Zachodu. Sieci takie, liczące od 3-5 do kilkunastu sklepów, pojawiają się ostatnio nie tylko w dużych miastach, ale nawet w miasteczkach mających 10 - 20 tys. mieszkańców. Małe sklepiki coraz częściej bankrutują i, choć nieraz obok powstają nowe, w zgodnej ocenie znawców branży nie mają przyszłości. Mogą przetrwać tylko te, których właściciele nie płacą czynszu, bo mają własny lokal i zatrudniają tylko rodzinę, oraz eleganckie butiki o szczególnie dobrej lokalizacji.
Pomimo zmierzchu drobnego handlu obrót używaną odzieżą nadal może być atrakcyjnym biznesem nawet dla niezbyt zamożnych i doświadczonych przedsiębiorców. Przede wszystkim nie wymaga wielkich inwestycji. Na założenie sklepu wielkopowierzchniowego, co w tej branży oznacza już ponad 100 mkw., potrzeba kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Najtrudniejszy może okazać się samodzielny import odzieży używanej. Przy zakupie w hurcie niewielkich ilości ubrań niełatwo uzyskać korzystne ceny. Trzeba pamiętać, że podaż używanej odzieży nawet w najbogatszych krajach Zachodu nie jest nieograniczona. Jej zbiórka i skup są domeną wyspecjalizowanych firm, mających stałych odbiorców. W Wielkiej Brytanii trzeba np. dotrzeć do “banków” odzieży, do których należą kontenery przeznaczone do jej gromadzenia. Innym źródłem mogą być organizacje charytatywne, które odsprzedają część ubrań z organizowanych przez siebie zbiórek. Najtrudniej jest o odzież najwyższej jakości: najlepszych marek i najmniej używaną. Niektórzy importerzy mówią nawet o kryzysie związanym z pogorszeniem się sytuacji ekonomicznej i nastrojów konsumentów w zachodniej Europie. Niemcy noszą ubrania sporo dłużej niż 5 - 10 lat temu. W następstwie owego narastającego deficytu na rynek europejski coraz częściej trafiają dostawy ciuchów z USA i Kanady.
Nowe, niekorzystne dla ciucholandów, zjawisko to pojawienie się odzieży ze zbiórek ulicznych, zwłaszcza ubrań wyprodukowanych w Chinach i innych krajach Azji. Nawet gdy są prawie nowe, sprzedać je bardzo trudno.
Co jest w tym worku
Sieć góruje nad pojedynczymi, zwłaszcza małymi, sklepami nie tylko mniejszymi kosztami (szczególnie przy samodzielnym imporcie), ale także znacznie większą efektywnością sprzedaży. Wynika to ze specyfiki branży i wzrastających wymagań klientów.
- Kiedy kupujący tłoczyli się w sklepie, wystarczyło, że tylko niewielka ich część coś rzeczywiście kupowała. Dziś każdy klient coś powinien dla siebie znaleźć. Oferta musi być szersza i atrakcyjniejsza - uważa Sławomir Uniewski.
Najłatwiej to osiągnąć, przekazując odzież, która się okolicznym klientom opatrzyła, do sklepu w innej dzielnicy. Po paru tygodniach to, co nadal nie zostało sprzedane, może wrócić na poprzednie miejsce jako nowa dostawa. Właściciele sieci hurtowni starają się, by prócz sklepów z relatywnie wysokimi cenami mieć także jeden zdecydowanie tani, zlokalizowany na peryferiach lub poza miastem, gdzie można z relatywnie najmniejszymi stratami wyzbyć się tego, co okazało się dla klientów mało atrakcyjne. Inni organizują od czasu do czasu wyprzedaż na bazarach, po 1-2 zł za sztukę.
- Szczególnie w małym sklepie trzeba bardzo uważać, żeby się nie “zabublować”. Obroty mogą spaść wtedy prawie do zera - podkreśla Roman Pietrzyk.
Handel używaną odzieżą nie wymaga specjalistycznej wiedzy, ale powodzenie na coraz trudniejszym rynku zależy w dużej mierze od doświadczenia. Z każdej partii kupowanej od zagranicznego dostawcy czy krajowego hurtownika ubrań zwykle ok. 10 proc. najatrakcyjniejszych ciuchów - przede wszystkim markowej odzieży damskiej w dobrym stanie - znika ze sklepów w 2 - 3 dni. Sprzedanie reszty, po cenach, które trzeba stale obniżać (nawet poniżej stawek zakupu), wymaga 2 - 6 tygodni. Jeśli jakieś sztuki odzieży nie uda się zbyć w ciągu 2 miesięcy, mimo przekazywania jej ze sklepu do sklepu, staje się już tylko szmatą, którą można najwyżej odstąpić (nieraz ze stratą) przetwórni wyrabiającej tzw. czyściwo dla przemysłu.
Umiejętność oceny na oko, jaki odsetek takich bubli znajduje się w kupowanej na wagę odzieży, decyduje zatem bezpośrednio o zyskach firmy. Ale nawet przy sporej wprawie ryzyka nie da się całkowicie uniknąć, bo ubrania używane pakowane są zwykle w 25-kg worki z nieprzezroczystej folii lub juty. Jeśli w takim worku zawierającym odzież sortowaną wysokiej jakości (tzw. supermix po 35 zł za 1 kg) znajdą się mało używane lekkie bluzki, będzie ich 120. Każdą sztukę można sprzedać po ok. 10 zł. Gorzej, gdy w worku są ciężkie dżinsy, a zdarza się to dość często. Nie da się sprzedać ich po korzystnej cenie, ponieważ konkurencją są tu tanie nowe dżinsy z hipermarketów. Inna rzecz, że w transportach odzieży używanej dość często trafia się także nowa niesprzedana odzież dżinsowa, której w ten sposób pozbywają się z magazynów wielkie zagraniczne sklepy.
Większe ciucholandy nie tylko kupują, ale i sprzedają odzież na wagę. Ta forma handlu jest coraz powszechniejsza i lubiana przez większość klientów, którzy uważają (nie zawsze słusznie), że w ten sposób kupują najtaniej. Dzięki niej nie trzeba zatrudniać pracowników sklepu przy pracochłonnym i wymagającym znajomości rzeczy wycenianiu każdej sztuki odzieży. Jednak sporo przedsiębiorców, szczególnie tych bardziej doświadczonych, uważa, że tradycyjna wycena pozwala na osiągnięcie znacząco wyższych średnich cen na każdym kilogramie towaru.
Ssanie ze Wschodu
Jak wynika z badań, które przeprowadzono kilka lat temu, w okresie, gdy branża znalazła się na celowniku ówczesnej władzy, jako konkurencja zagrażająca krajowemu przemysłowi lekkiemu - sklepy z używaną odzieżą uważa za pożyteczne dwie trzecie Polaków. I to nie tylko tych najuboższych. Elegantom wiadomo, że w ciucholandach można ubrać się za jednym zamachem od stóp do głów i że trafia się w nich na ubraniowe “perełki” - odzież najwyższej klasy pod względem jakości i wzornictwa, nieraz atrakcyjniejszą od nowej, jaką oferują znane i drogie sklepy. Z kolei wielu niezamożnych klientów woli nawet przeciętne zachodnie ciuchy od taniej odzieży azjatyckiej, która, choć prosto z igły, często rozpada się po paru praniach. Zdecydowana większość klientów ciucholandów to kobiety. Oprócz odzieży damskiej bardzo dobrze sprzedają się ubranka dla dzieci. Nieźle - konfekcja młodzieżowa. Dużo słabsze jest natomiast zainteresowanie modnymi nawet ciuchami męskimi. Mężczyźni odwiedzają ciucholandy najczęściej wtedy, gdy szukają ubrań mogących służyć jako odzież robocza.
Sprzedaż ciuchów w większej mierze niż handel nową odzieżą zależy od pory roku. W zimie obroty second-handów są o wiele niższe. Ich właściciele starają się zmniejszyć te wahania, stosując metody wypróbowane w normalnych sklepach, tj. sezonowe promocje i wyprzedaże. Ambitniejsi przygotowują nawet kolekcje wiosenne i zimowe.
Wymagania konsumentów i konkurencja będą się zwiększać. Nie tylko w wielkich miastach, ale i w mniejszych miejscowościach klienci nie chcą już grzebać w workach czy koszach stojących na posadzce, szukając okazji. Oczekują, że odzież będzie odpowiednio wyeksponowana - na wieszakach i regałach - a obsługa uprzejma i fachowa. Dlatego nowe ciucholandy nie różnią się zwykle urządzeniem i wyposażeniem od sklepów z “normalną” odzieżą, z którymi sąsiadują. Ich wnętrza są zaaranżowane z równą nieraz starannością (przymierzalnie). Trzeba jednak pamiętać, że dla klienta musi być zupełnie jasne, że chodzi o odzież używaną. Nie wolno tego ukrywać, stosując eufemistyczne określenia w rodzaju “tania odzież zachodnia” czy “odzież na wagę”.
Popyt na używane ubrania w ciągu najbliższych 2 - 3 lat z pewnością nie zmaleje - wszyscy znawcy branży są co do tego zgodni. Przyznają też, że klimat dla handlu ciuchami się poprawił. Czy jednak szybki przyrost liczby second-handów to zapowiedź rozwoju branży? Tu zdania są podzielone. Przeważa zdanie, że osiągnął on już swoje apogeum i od tej pory sytuacja się ustabilizuje - przy znacznie większej konkurencji i niższej dochodowości zarówno sklepów, jak i hurtowni. Niektórzy fachowcy spodziewają się nawet stopniowego jej upadku i zwiększającej się liczby bankructw.
Zyski na wagę
Do niedawna typowy sklep z używanymi ubraniami miał ok. 20 mkw. i oferował pół tysiąca sztuk odzieży. Dziś wystarcza to na skromne utrzymanie jedynie w małych miejscowościach, gdzie nie ma konkurencji. Ciucholand w większym mieście powinien mieć co najmniej 100 mkw., zatrudniać przynajmniej 3 osoby i mieć dobrą, a przynajmniej przeciętną lokalizację. Czynsz za taki lokal może wynieść nawet 60 zł miesięcznie za metr. Wyposażenie nie powinno ustępować sklepom z “normalną” odzieżą, co oznacza wydatek 10 - 20 tys. zł.
Jeden taki sklep zapewnia na ogół dochody w wysokości co najmniej 1,5 średniego wynagrodzenia krajowego i względną stabilizację. Za rozwojowe uważa się jednak dopiero sieci sklepowe (ponad 5 placówek).
Na każdy metr kwadratowy powierzchni powinno przypadać ok. 10 kg towaru, czyli 20 - 30 sztuk odzieży. Jedna ciepła kurtka waży ok. 1 kg, tyle samo co dwa swetry. Trzy pary spodni to ok. 2 kg. Coraz więcej jest właścicieli nie tylko sieci, ale nawet pojedynczych sklepów, którzy sami sprowadzają odzież z zagranicy. Najtańsza jej odmiana - mix klasy B - w którym trafiają się ubrania z plamami i rozdarciami, kosztuje ok. 1 euro za 1 kg. Cena najdroższej, czyli tzw. supermiksu (z markowymi ubraniami w dobrym stanie), przekracza często 4 euro. Zdarzają się partie (cream) nawet po 15 euro za 1 kg. Na rynku dostępna jest także odzież niesortowana, czyli “oryginał” (mogą trafić się w niej dziurawe buty, a nawet zdechły pies) w cenie ok. 0,5 euro za 1 kg. Sprowadzanie jej ograniczają przepisy ekologiczne dotyczące importu odpadów. Wymagają one m.in. uzyskania zezwolenia, wpłacenia wadium i rozliczenia się z zagospodarowania zakupionej odzieży.
Zakupy w kraju wypadają o wiele drożej - za supermix trzeba zapłacić 35 zł za 1 kg, za tańszy mix 25 zł, a za najtańszy 8 - 10 zł. “Oryginał” kosztuje 2,5 - 4 zł.
Średnie ceny detaliczne odzieży najlepszej jakości wynoszą ok. 45 zł za 1 kg, miksy gorszej klasy sprzedaje się po 20 - 30 zł za 1 kg. Najdroższe są ubrania z nowej partii. Potem ceny stopniowo trzeba obniżać.
Start
ILE NA START (W TYS. ZŁ)
Razem 44
wynajęcie sklepu (miesiąc) 4
urządzenie sklepu 10
towar 25
wynagrodzenie personelu (miesiąc) 5
Sklep z używaną odzieżą
Odzież używana - odzież posegregowana, według rodzaju towaru, np. spodnie, czysta i zdezynfekowana. Taka odzież jest jak każdy inny normalny towar.
Odzież używana i zużyta - odzież nie posegregowana (mix odzieży i odpadów), taktowana jako odpad, na jej sprowadzenie wymagane jest zezwolenie.
Odnośnie prowadzenia sklepu z używaną odzieżą nie przewidziano żadnych specyficznych wymogów. Przy założeniu firmy obowiązują normalne przepisy dotyczące prowadzenia działalności gospodarczej, rejestruje firmę w gminie. Przedsiębiorca może zarejestrować działalność np. w formie indywidualnej działalności gospodarczej. Przy sprzedaży odzieży używanej istnieje wymóg posiadania kasy fiskalnej i fakturowania sprzedaży. Do lokalu w którym sprzedawana jest odzieży używana stosuje się zwykłe przepisy sanitarne, przeciwpożarowe i budowlane, tak jak w przypadku każdej innej działalności handlowej.
W przypadku kontroli służby sanitarne mogą żądać jednak od sprzedawcy zaświadczenia o przeprowadzeniu dezynfekcji i dezynsekcji sprzedawanego towaru.
Uzyskanie takiego zaświadczenia nie jest jednak problemem, gdyż obowiązek jego posiadania mają hurtownicy. Przy zakupie towaru z hurtowni, firma może otrzymać ksero tego dokumentu.
Transakcje między sklepem a hurtownią dokonywane są na ogólnych zasadach handlowych. Zazwyczaj cena odzieży sortowanej w hurtowni, która bezpośrednio nadaje się do sprzedaży waha się w przeliczeniu od 1 do 3 euro za kilogram, w sklepie w sklepie ta sama odzież sprzedawana jest za 8-9 euro. Towar w hurtowniach sprzedawany jest w posortowanych paczkach 10-20 kilowych. Zazwyczaj obowiązują krótkie terminy odroczenia płatności.
Po 1 maja 2004 r. żadnych zezwoleń i koncesji nie muszą posiadać firmy prowadzące hurtownie odzieży używanej i sprowadzające odzież z zagranicy. Przewóz takiej odzieży nie podlega żadnej kontroli granicznej.
Brak jakichkolwiek zezwoleń dotyczy jednak odzież używanej, która nadaje się po sprowadzeniu bezpośrednio do sprzedaży detalicznej. Taka odzież musi być czysta i zdezynfekowana, jeszcze za granicą- wtedy jest traktowana jako normalny towar.
Firma zagraniczna, która dostarcza odzież polskiemu hurtownikowi, musi mu przedstawić wszelkie zaświadczenia o dezynfekcji i dezynsekcji towaru, które powinny być dołączane do transportu (zaświadczenie to następnie jest przekazywane w formie kopii sprzedawcom detalicznym).
Zgodnie z przepisami unijnymi, obowiązek wystawienia zaświadczenia ciąży na firmie, która pozyskuje odzież (np. ze zbiórek kontenerowych) i która dokonuje selekcji pozyskanej odzieży (odrzucając wszystko to co, nie jest odzieżą).
Zaświadczenie przekazane hurtownikowi, przewożącemu towar przez granicę nie podlega kontroli granicznej. Transport może jednak zostać skontrolowany przez Inspekcję Transportu Drogowego. Żadne inne zezwolenia nie są wymagane.
Inaczej wygląda sytuacja w przypadku hurtowników, którzy sprowadzają odzież nie sortowaną ( tańszą), która nie jest już traktowana jako towar, ale jako odpad.
Na przywóz takiej odzieży wymagane jest zezwolenie Głównego Inspektora Ochrony Środowiska. Zgodnie z unijnym rozporządzeniem rady EWG 259/93, firmy sprowadzające odpady, które są umieszczone na zielonej liście, muszą posiadać zezwolenie pozwalające na import odpadów, wydane zgodnie z procedurami, określonymi w art. 6, 7, 8 rozporządzenia.
W praktyce przedsiębiorca musi wypełnić zestaw formularzy - list przewozowy, który składa się z formularza zgłoszeniowego i formularza przemieszczenia się i śledzenia przesyłki.
Odpowiednie ograny muszą znać los każdej przesyłki, czyli kto przesyłkę wysłał, kto jest odbiorcą końcowym i co znim zrobi i jak się z niego rozliczy. Zgodnie z wymaganiami, taki odpad trzeba zagospodarować. Hurtownik może, np. sam dokonać selekcji tej odzieży dzieląc je “dobry towar” i tzw. czyściwo ( np. do polerowania podłóg).
Tags: URE, sklepy, wzrost, firmy, Dom